25 listopada 2008

Szersze ulice nie zmniejszą wrocławskich korków

Całość można zamknąć w trzech punktach: 1. Obwodnice. 2. Lepsza komunikacja zbiorowa. 3. Zwężanie ulic. Te punkty muszą być realizowane równolegle, czego przykładem jest projekt Śródmiejskiej Trasy Południowej, odciążającej Trasę WZ. Ilu z kierowców stojących na tej trasie w korku mieszka w okolicach placu Jana Pawła II i pracuje przy rondzie Reagana? Przecież wyraźnie widać, że stworzenie jednej potężnej arterii ściągającej ruch z wielu kierunków do centrum powoduje tylko korek.
Jak to zmienić?
* Budując obwodnice, które pozwolą mieszkańcom Gądowa pracującym po drugiej stronie miasta dostać się tam ulicą, która nie prowadzi obok rynku.
* Realizując w końcu uchwałę rady miejskiej z 23 września 1999 roku, która wyraźnie mówi o wprowadzeniu priorytetu dla komunikacji zbiorowej. Czy na ul. Poniatowskiego tramwaje z przynajmniej setką pasażerów muszą stać w korku, bo blokuje je kilka aut, których jedyny pasażer jedzie na drugi koniec miasta? Czy na nowo otwartej ulicy Lotniczej tramwaj musi stać na czerwonym za estakadą za miliony złotych?
* Duże praktyczne zastosowanie ma również mniej znany paradoks Downsa-Thomsona, zwany również paradoksem Pigou-Knight-Downsa. Mówi on, że przeciętna prędkość osoby poruszającej się samochodem po mieście zależy od przeciętnej prędkości (od drzwi do drzwi) osoby poruszającej się komunikacją zbiorową. Innymi słowy: im lepsza będzie komunikacja zbiorowa, tym więcej osób będzie jej używać, a więc w sieci będzie mniej samochodów, z czego wynikną mniejsze korki. Dlatego też częstokroć odebranie jednego z pasów ruchu samochodom i przekazanie go w formie wydzielonego torowiska bądź bus-pasu w rzeczywistości zmniejsza, zamiast zwiększać korki samochodowe. [Downs, Anthony, Stuck in Traffic: Coping with Peak-Hour Traffic Congestion, The Brookings Institution: Washington, 1992]
Realizując te punkty, nie wolno zapomnieć o tym, aby zwęzić ulice. Czy pomysł poszerzania ulicy Powstańców Śląskich do 11 pasów w okolicy zapewni wygodny dojazd do Sky Tower? Nie, spowoduje tylko, że więcej osób pojedzie przez Powstańców do Rynku zamiast projektowanymi od lat - tzw. trasą czeską czy Bardzką i Buforową. W Los Angeles okazało się, że poszerzenie ulic powoduje tylko to, że zaraz zapełniają się one nowymi autami. Zgodnie z prawem Lewisa-Mogridge'a ruch powiększa się tak, aby maksymalnie wypełnić nową zwiększoną przepustowość. W związku z tym poprawa trwa najdłużej kilka miesięcy, a czasami nawet tylko kilka tygodni. Potem korki powracają, kierowcy stoją jednakże na większej niż wcześniej liczbie pasów [Martin Mogridge (1990), Travel in towns: jam yesterday, jam today and jam tomorrow? Macmillan Press, London].
Dlatego rewitalizując miasta, Holendrzy wyburzają paskudne bloki z wielkiej płyty i estakady. My już zrozumieliśmy, że bloki to nie najlepsze miejsce do mieszkania, ale nadal jesteśmy za innymi w fascynacji motoryzacją. Nie ma takiego miasta, które zapewni wygodny dojazd autem do centrum. Także w Berlinie są korki, pomimo tego, że tam jest relatywnie mniej aut i metro. Po prostu niektórzy muszą dowieźć towar albo rozwieźć dzieci do szkół. Ale czy tysiące studentów parkujących na chodnikach przy Szewskiej i rondzie Reagana nie mogłoby dojechać tramwajem?
Miasto to zbiorowisko setek tysięcy ludzi, o jego problemach trzeba myśleć w perspektywie szerszej niż zza własnej kierownicy, o czym mówi teoria równowagi Nasha kontra optimum socjalne - wystarczy spojrzeć, ile osób stoi w korku przez jednego egoistę, który blokuje ruch, nie zjeżdżając na czas ze skrzyżowania.
Centrum miasta to miejsce na spacer do Rynku, na zakupy, do teatru. Jak jednak urzędnicy chcą przekonać do porzucenia aut mieszkańców, skoro sami coraz bardziej spowalniają tramwaje i budują sobie parking pod urzędem na Nowym Targu?
Od lat słyszymy, że jeszcze tylko jedna trasa i nie będzie korków. Obudźmy się w końcu!
Przemysław Filar, Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia
Źródło: Gazeta Wyborcza

22 lipca 2008

Zabytkowe pociągi mają ożywić ruch turystyczny na polsko-czeskim pograniczu

Muzea w Jaworzynie Śląskiej i czeskim Jaromierzu połączy linia kolejowa. W obu kierunkach, po malowniczej trasie, będą kursowały odrestaurowane pojazdy z czeskimi i polskimi turystami
Turystów z Polski nie trzeba specjalnie zachęcać do odwiedzenia atrakcji w Czechach. Położone w pobliżu granicy Skalne Miasto koło Teplic nad Metuji oraz ogród zoologiczny w Dwór Kralove są oblegane przez Polaków. Jak jednak zachęcić Czechów do zwiedzania naszych atrakcji? Na to pytanie znalazło odpowiedź kierownictwo Muzeum Przemysłu i Kolei w Jaworzynie Śląskiej. Opracowało projekt turystycznych połączeń kolejowych, które połączą oba państwa. Długość lini ma wynieść ok. 100 km.
Czekają na pieniądze
– Do współpracy zaprosiliśmy Muzeum Kolejnictwa w Jaromierzu – opowiada Katarzyna Szczerbińska, kierownik Muzeum Przemysłu i Kolei w Jaworzynie Śląskiej. – Ustaliliśmy, że placówki połączy turystyczna linia kolejowa. W weekendy będą po niej kursować osobowe pojazdy szynowe, które są częścią naszych zbiorów.
Wybór padł na motoraki, które produkowano w latach 50. w Czechosłowacji. Motorak jest skrzyżowaniem drezyny z wagonem osobowym. Przewiezie 55 osób, ale można doczepić do niego wagon dla 45 osób. Motorak z Jaworzyny Śląskiej jest już odrestaurowany i gotowy do jazdy. Także Czesi kończą już remontować swój. – Projekt ma być finansowany z Programu Operacyjnego Współpracy Transgranicznej Republika Czeska-Rzeczpospolita Polska 2007-2014 – wyjaśnia Katarzyna Szczerbińska. – Wart jest ponad 300 tys. zł. Pieniądze zostaną przeznaczone na naprawy uszkodzonych części trasy, po których będą kursować motoraki. Szlakiem przemysłu
Decyzja o przyznaniu pieniędzy na projekt ma zapaść we wrześniu. Jeżeli będzie pozytywna, pierwsze pojazdy z turystami wyruszą na trasę jeszcze w tym roku. Jeżeli nie, pomysłodawcy projektu będą szukać innych źródeł finansowania. Motoraki mają wyruszać na trasę w sobotnie przedpołudnie i wracać do macierzystej stacji w niedzielę wieczorem. Przez niemal cały weekend Czesi będą mogli zwiedzać atrakcje Dolnego Śląska i u nas nocować. Natomiast Polacy spędzą ten czas u nich. Stacjami początkowymi i końcowymi będą muzea kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej i Jaromierzu. Trasa będzie przebiegała przez Wałbrzych, Mieroszów i Mezimesti. Postój pociągu został zaplanowany na bocznicy zamkniętej XIX-wiecznej. zabytkowej kopalni w Wałbrzychu. Działa tu obecnie Muzeum Przemysłu i Techniki. – Pociąg zatrzyma się w pobliżu szybu Sobótka, na terenie, z którego kilka lat temu korzystała firma Carbo Julia – tłumaczy Jerzy Kosmaty, kustosz muzeum. – Za zrealizowanie pomysłu odpowiada muzeum w Jaworzynie Śląskiej.
Artur Szałkowski - POLSKA Gazeta Wrocławska

20 czerwca 2008

Bank Światowy pomaga ratować Jezioro Aralskie

Jezioro Aralskie, miejsce jednej z największych katastrof ekologicznych na świecie, może wkrótce odżyć, umożliwiając powrót rybołówstwa i rolnictwa - powiedział szef Banku Światowego Robert Zoellick.
Po dziesięcioleciach wysychania, północna część Jeziora Aralskiego w Kazachstanie zaczęła się ponownie wypełniać wodą w rezultacie wybudowania tamy - z pomocą Banku Światowego. W rezultacie szybko odnawiają się zasoby ryb.
Jezioro Aralskie między Kazachstanem a Uzbekistanem było czwartym co do wielkości jeziorem na świecie. Jednak radzieckie projekty irygacyjne sprawiły, że w latach 1960-2004 jezioro skurczyło się o prawie 70 proc. Na początku lat 1990. Jezioro Aralskie rozdzieliło się na dwa zbiorniki wodne.
W 2001 roku Kazachstan połączył siły z Bankiem Światowym, by zbudować 13-kilometrową tamę między obu częściami i poprawić stosunki wodne. Projekt, którego realizacja kosztowała 86 milionów USD, został ukończony w 2005 roku.
Zwiększenie ilości i poprawa jakości wody w północnej części Jeziora Aralskiego umożliwiła odrodzenie się rybołówstwa. W ubiegłym roku kazachscy rybacy złowili tam 2 tysiące ton ryb; w 2004 roku były to zaledwie 52 tony - poinformował Bank Światowy.
Kazachstan rozmawia teraz z Bankiem Światowym na temat budowy drugiej tamy. Szacuje się, że do 2015 roku wody Jeziora Aralskiego mogłyby z powrotem dotrzeć do Aralska - kiedyś największego portu w północnej części jeziora. Dziś Aralsk jest odległy o 25 kilometrów od brzegu.
- Powrót północnego Jeziora Aralskiego pokazuje, że skutki spowodowanych przez człowieka klęsk można odwrócić, przynajmniej częściowo, i że produkcja żywności zależy od prawidłowego gospodarowania skąpymi zasobami wodnymi - powiedział Zoellick, który spotkał się z premierem Kazachstanu Karimem Masimowem, by dokonać przeglądu prac nad poprawą irygacji na obszarach wokół Jeziora Aralskiego.
Źródło : PAP

13 maja 2008

Gorzka opowieść właściciela firmy budowlanej

Prowadzi firmę remontowo-budowlaną na Pomorzu. Musi zatrudniać pijaków, leni i złodziei. I jeszcze dziękować im za to, że chcą pracować. Uczciwi fachowcy to jakieś 30 proc. jego pracowników. Reszta jeszcze parę lat temu nie dostałaby roboty nigdzie, a teraz trzeba im dawać podwyżki, żeby nie uciekli.
Gdy kilkanaście lat temu zaczynałem działalność, nie wiedziałem co mnie czeka. Interes szedł świetnie. Na początku zatrudniałem pięć osób, w szczytowym momencie ponad 40. Gdy potrzebowałem nowych, dawałem ogłoszenie w gazecie, albo pytałem pracowników, czy nie mają kogoś na oku. Gdy przyprowadzali kogoś, ta osoba najpierw dwa dni pracowała na zlecenie. Obserwowałem, pytałem, rozmawiałem z resztą ekipy. Jak się sprawdziła, pracowała dalej. Zasada była prosta: szansa na etat jest po trzech miesiącach. Ludzie byli zachwyceni, cieszyli się, że w ogóle mają jakąś umowę. Byli uczciwi, ja też. Żadnego kombinowania z nieterminowymi wypłatami, nic z tych rzeczy. Robota huczała, zamówień było sporo. Rok, dwa lata temu przeciętna pensja robotnika wynosiła średnio 1,5 tys. na rękę. Były jednak dodatki. Jak miałem dobry rok, to dorzuciłem coś na święta, czy przywiozłem każdemu po dwa karpie z hodowli znajomego.
Modliłem się, żeby nie wyjechali do Wielkiej Brytanii
Przez parę lat wszystko, co zarobiłem inwestowałem w ziemię rolną w okolicach małych miasteczek na Pomorzu. Dziś większość działek graniczy z domami jednorodzinnymi i albo jest już budowlana, albo niedługo będzie. Dzięki temu będę miał z czego żyć i będę mógł wreszcie rzucić ten przeklęty biznes. Bo tak dalej już się nie da. Kiedyś mogłem wyselekcjonować kandydatów, zatrudnić tych, którzy mi pasowali. A dziś? Mógłbym mieć robotę na 60 osób od zaraz, ale niektórych projektów w ogóle się nie podejmuję, bo nie mam "kim robić". Żebyśmy się dobrze zrozumieli: mam 12 pracowników, ale ośmiu z nich praktycznie nic nie umie. Tych czterech, w tym murarz i malarz, to moje największe skarby. Gdy jeszcze bardzo zależało mi na firmie, codziennie modliłem się, żeby nie wyjechali do Wielkiej Brytanii. Na szczęście mają dzieci w różnym wieku, więc nie wyjadą. Reszta to cwaniacy i kombinatorzy, w większości przede wszystkim lenie i prostaki.
Problem pierwszy: krnąbrność
Pomocnik murarza chce "na dzień dobry" 2 tys. zł miesięcznie. A przecież on tak naprawdę nic nie musi umieć, wystarczy, że wie ile łopat piasku ma wrzucić do betoniarki na jeden worek cementu. Musi też nosić, umieć jeździć taczką, umieć podać cegłę... No, ale trudno takie są prawa rynku, więc gdy zatrudniałem kolejnego, zgodziłem się na jego stawkę. Poprosiłem go więc, by spisał wszystkie swoje dane wraz z numerem konta, na które będę mógł przelewać pieniądze, a on na to: "o nie, goguś, albo kasa pierwszego do rączki, albo do widzenia". Goguś?! Dwa lata temu z takim rozwiałbym pewnie umowę. Teraz musiałem zacisnąć zęby i już. Gdybym go zwolnił, to miałbym to samo co z glazurnikiem - rąbał mnie na każdej budowie, ale przynajmniej solidnie pracował. Ludzie byli zadowoleni. Przez 2-3 lata nie będą mieli pojęcia, że płytki zaraz zaczną odpadać. Potem odszedł, a jego następcy szukam prawie dwa lata.
Problem drugi: "jakość" pracy
Ostatnio miałem zlecenie na wybrukowanie prawie 400 metrów kwadratowych przed domem w Gdyni. Właściciel konkretny, wiedział czego chce, od razu uzgodniliśmy termin i warunki. No i się zaczęło. Ekipa brukarzy ma wynagrodzenie akordowe. Od ponad roku płacę im od każdego położonego metra. Wcześniej była stawka godzinowa, ale straciło to sens, gdy musiałem stać nad nimi "z batem" niemal cały dzień. Gdy tylko pojechałem coś załatwić, po prostu siadali i nic nie robili. Zmiana systemu powinna zaowocować zwiększeniem wydajności pracy, ale zmieniło się tylko tyle, że połowa obrażonych odeszła, a zamiast nich musiałem zatrudnić byle kogo. Dosłownie byle kogo, bo nie dość, że im się nie chce, to jeszcze odwalają taką "popelinę", że szkoda gadać.
Niemal za każdym razem są niedoróbki, a numer telefonu zmieniałem już kilka razy, średnio co pół roku. Zazwyczaj dopiero po zimie okazuje się, że kostka się zapadła, bo np. pod spodem nie było piasku wymieszanego z cementem, ale sam piasek, który został później wypłukany przez wody opadowe lub gruntowe. Na szczęście nie daję żadnych gwarancji, bo bym chyba zbankrutował. A jak zmienię numer, to ludziom już się nawet nie chce szukać czy dzwonić do tych partaczy, tylko szukają innej firmy, która poprawia po nas. Mam nadzieję, że chociaż solidnie... Mam już dość tłumaczenia się wszystkim za to, że robotnicy nie wykonują poleceń. To teoretycznie moja wina, ja mam ich nadzorować, tylko jak mam to zrobić? Krzywo się spojrzę i odchodzą do konkurencji. Mam uwagę co do ich pracy, to patrzą tak, że od razu widać, że nie mają pojęcia o czym mówię. A innych po prostu nie ma. Nie ma! Alternatywa jest jedna: albo zatrudniam tych i godzę się na nerwówkę, albo firma nie działa wcale.
Problem trzeci: kultura osobista
Tydzień temu dzwoni do mnie Zbyszek, majster na budowie i mówi: "Szefie, babę totalnie popier... , czepia się i każe robić jeszcze raz, musisz pan przyjechać". Więc jadę. Najpierw diagnoza problemu. Zleceniodawczyni nie ma, pracownicy pokazują o co chodzi. Okno na pierwszym piętrze jest wyżej o jakiś 3-4 cm od tego, które jest dwa metry obok. "Tak wyszło, ale przecież to będzie w innym pokoju, więc co za różnica?" - słyszę. Szlag mnie trafił! Ale to dopiero początek. Po kilkunastu minutach przyjeżdża kobieta z mężem i mówi, że wyprasza sobie takie traktowanie. Tłumaczę jej, że to nieporozumienie, że zaraz to zaczniemy poprawiać, to tylko pomyłka, ktoś źle podmurował, bo nie spojrzał na plany i nie ma sprawy. Tylko, że kobiecie wcale nie chodzi o okno, bo poprawienie okna jest dla nią sprawą oczywistą. Mówi, że nie życzy sobie by moi pracownicy nazywali ją "babą" i mówili, że ją popier... Okazało się, że Zbyszek dzwonił po mnie, stojąc metr od niej! Gdy pytam się przy wszystkich czy tak było, mówi ze swoim kretyńskim uśmieszkiem, że "przecież prawdę mówił". Do akcji wkroczył więc mąż. Koniec budowy, nie będzie tynkowania, nie będzie wykańczania, nie będzie kasy. A ten kretyn się śmieje, że im pokazał, a roboty jest przecież pełno i zaraz podłapiemy kolejną. Zwolnić Zbyszka? Nie mogę. Nie mam nikogo na jego miejsce. Zna się na robocie, chociaż wszystko olewa. Jak mu się chce to może pałac zbudować. Ale coraz częściej mu się nie chce i wcale nie udaje, że tak nie jest. Ma już 40 lat i twierdzi, że już się w życiu narobił...
Niestety muszę go czasami brać na pierwsze rozmowy z klientami. Potrafi doradzić, wskazać lepsze rozwiązanie, podpowiedzieć. Ale cały czas żre ten cholerny słonecznik i pluje łupinkami tam, gdzie stoi. Rozmawiam z facetem, który przyjechał czyściutką terenówką w modnym garniturze, a Zbyszek stoi obok i co chwilę pluje nam pod nogi! Nie mówię już o tym, że podczas rozmowy bez "łaciny" się nie obejdzie. Desek nie można przyciąć, ale "upierd...", muru nie można zburzyć, ale "rozjeb...", a w ogóle to nie będzie tu "dużo pracy", tylko "zap...ol".
Problem czwarty: prowadzenie się
Robót poza moim terenem unikam, bo już się na tym sparzyłem. Pracownikom trzeba zapewnić nocleg, a to jest istna tragedia. Co tam się dzieje, panie. Przede wszystkim podczas wyjazdowych prac wielu z nich chce dostawać dniówki, a już co najmniej tygodniówki. Biorą kasę i po prostu chleją jak świnie. Wstają na kacu, zioną wódą i pracują trzy razy wolniej. A potem dzwonią do mnie ich żony, pytając co ja im tam każe robić i czemu nie płacę, bo mąż przyniósł tylko tysiąc złotych na utrzymanie trójki dzieci. Kiedyś ich nawet kryłem, ale potem zacząłem mówić wprost, że wszystko przechlali.
Robota? Przecież nie po to się wyjeżdża "na delegację". Takie zlecenia to tylko koszty, bo niemal wszystko trzeba poprawiać, a poza tym traci się renomę. A raczej resztki renomy, bo teraz firmy budowlane nie mają jej niemal wcale. Często jeżdżę na budowy i słyszę rozmowy pracowników. Co jest głównym tematem? Burdel, chlanie, imprezy. Drą gęby, nie patrząc, że obok przechodzi masa ludzi. Dzicz po prostu. Nie wspomnę już o tym, że zamiast spytać właściciela o łazienkę, to podczas remontu czy budowy po prostu wychodzą do ogrodu i szczają pod drzewem. Wyobraża pan to sobie? Trawniczki przystrzyżone, piaskownica, stoi grill, a tu sobie Kazik leje pod iglakiem, bo zawsze tak robił i nie widzi w tym nic zdrożnego.
Mam już dość, rzucam to
Nic dziwnego, że niewielu normalnych ludzi chce pracować jeszcze w tej branży. Nie wiem czy wszyscy wyjechali, czy wolą robotę za biurkiem. Ale prawda jest taka, że dobry fachowiec wyciąga u mnie 4, a w sezonie nawet 5 tys. zł na rękę! Nie ma wielu, którym tyle płacę, tylko dlatego, że ci, którzy przychodzą, to w większości same lumpy, które tylko patrzą co by tu podwędzić i jak podpisać umowę, żeby "popracować" pół roku nic nie robiąc, zwolnić się, pobierać zasiłek i robić gdzieś na czarno. Chętnie przyjąłbym jakiegoś murarza i tynkarza. I tego cholernego glazurnika... Ostatnio się nawet jeden pojawił, ale powiedział, że chce 6 tys. zł na rękę. Myślałem, że dostanę zawału! Gdy powiedziałem mu, że niemal tyle to się zarabia, jak się jest posłem, to się obraził.
Żona mówi, że przez ostatnie dwa lata schamiałem. Zdarza mi się przekląć przy dzieciach, zrobiłem się nerwowy. Za kierownicą trąbię, wymachuję rękami, wyzywam zajeżdżających mi drogę. Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak, czy ludzie z którymi muszę pracować są jacyś chorzy. Wiem za to, że wcale nie muszę tego ciągnąć w nieskończoność. Zaczynam już sprzedawać działki i gdy będę już mógł, za 2-3 lata pojadę na budowę i powiem tym wszystkim ludziom, co o nich myślę. I tak się tym nie przejmą, dalej będą opowiadać sobie o dziwkach i o tym ile da się wypić w dwie godziny. Pewnie za parę lat się to poprawi, gdy normalni pracownicy wrócą z emigracji, ale nie chcę już na to czekać. Pewnie, że nie wszyscy są tacy, ale dziś znaleźć dobrego pracownika w budowlance to cud. "Normalni" rzadko szukają roboty, zmieniają firmę, bo właściciel wie ile są warci i ich dopieszcza, jak ja swoich czterech asów. Ale z pozostałymi nie da się pracować. Dlatego powiem na koniec jak na budowie: pieprzę taką robotę!"
Źródło: Gazeta Wyborcza

6 maja 2008

Imperialne megaterminale prężą muskuły

50 boisk do piłki nożnej – tyle zajmuje nowo otwarty Terminal 5 na londyńskim lotnisku Heathrow. Nowy Terminal 3 w Pekinie to pierwszy budynek na świecie‚ który pod jednym dachem mieści ponad 1 mln mkw. powierzchni.
I choćby przyszło tysiąc atletów... Wyścig o miano najbardziej muskularnego (najwyższego‚ największego) budynku świata trwa. Sama hala bagażowa Terminalu 5 na Heathrow pomieściłaby trzy wieżowce Empire State Building leżące na boku – tłumaczą obrazowo architekci zaangażowani w projekt.
Inspiracje magiczne
Budynek zaprojektowany przez Richarda Rogersa (laureata Pritzkera‚ tzw. architektonicznego Nobla) oddano do użytku w końcu marca. Z pierwotnego projektu‚ lekkiego‚ wręcz eterycznego‚ którego dominującym elementem miał być nierównomiernie falujący dach‚ pozostało niewiele. Tablica Terminalu 5 na Heathrow podaje czas ze starożytnych miast i świątyń‚ górskich jezior i kanionów Bryła budynku jest zwarta‚ pokrywa go łukowato wygięty dach rozpostarty nad olbrzymią halą odlotów‚ który przez przeszkloną stalową kratownicę przepuszcza optymalną ilość dziennego światła. Rogers inspirował się konstrukcjami słynnych brytyjskich dworców kolejowych‚ takich jak Paddington (1854 r.) czy St. Pancras (1866 r.)‚ miejsc niemal magicznych‚ z wyjątkowym klimatem – to z St. Pancras Harry Potter wyruszał do Hogwartu.
„Orient Express” czy „Titanic”
Nawiązania te nie są przypadkowe. Terminal 5 ma mieć klimat „Orient Expressu”. Ma przywrócić luksus i magię podróżowania – mówili BBC przedstawiciele inwestora‚ British Airways‚ choć przez pierwsze dni po otwarciu terminal przypominał raczej „Titanica” (34 odwołane loty‚ wstrzymane odprawy‚ pasażerowie w olbrzymich kolejkach). W przytulne poczekalnie dla VIP-ów i pasażerów klasy biznes wpompowano 60 mln funtów, współpracując z uznanymi artystami. Ich prace na Heathrow subtelnie i z humorem prowadzą dialog z przeszłością. Łączą nowoczesność cyfrowej technologii z XIX-wiecznym wzornictwem‚ albo nowoczesne‚ biomorficzne formy ze staroświecką technologią.
Cyfrowe rękodzieło
Nad ruchomymi schodami‚ łączącymi część handlową lotniska z częścią relaksacyjną, wisi „Chmura” – cyfrowa rzeźba obłego kształtu londyńskiej grupy Troika. Pokrywają ją okrągłe płytki‚ które sterowane impulsem elektrycznym przekręcają się po kolei ze srebrnej strony na czarną, tworząc zmienny wzór i wydając charakterystyczny dźwięk. To tzw. flip-dots‚ wyświetlacze elektromagnetyczne‚ stosowane w latach 60. i 70. na tablicach informacyjnych dworców i lotnisk. Troika przygotowała też 22-metrową instalację ścienną‚ na której wyświetlane są aktualne godziny w różnych miejscach świata. Ale to tylko pozornie praktyczne narzędzie pracy biznesmena. Zamiast godzin z Tokio czy Nowego Jorku tablica podaje czas ze starożytnych miast i świątyń‚ górskich jezior i kanionów. Litery wyglądają jak napisane odręcznie. Ludzki wymiar cyfrowej technologii nadaje też Christopher Pearson‚ autor animowanych tapet ściennych. Motywy roślinne‚ pływające meduzy‚ latające ptaki są inspirowane wzorami ze słynnych tapet Williama Morrisa z drugiej połowy XIX wieku. W wieku maszyn i rodzącej się produkcji masowej William Morris promował rękodzieło – prace Pearsona i Troiki łagodzą sterylność jednego z bardziej nowoczesnych i technologicznie zaawansowanych budynków świata. Szkoda‚ że trafiają tylko do pasażerów klasy biznes. Luksus w wydaniu klasy ekonomicznej to skórzane fotele‚ połyskujące podłogi z marmuru i wypolerowanego drewna oraz brak McDonalda i Burger Kinga.
Smok na baczność
Stworzenie Terminalu 5 w Londynie zajęło prawie 20 lat‚ tyle czasu minęło od konkursu architektonicznego rozstrzygniętego w 1989 roku. Terminal 3 w Pekinie powstał w cztery lata. Jego architekt Norman Foster (też laureat Pritzkera) podkreśla otwarcie‚ że budynek zajmuje większą powierzchnię niż wszystkie terminale na Heathrow razem wzięte‚ a jego budowa trwała krócej‚ niż same spory prawników latami wstrzymujące koparki na londyńskim lotnisku. Bez wątpienia Foster‚ zaspokajając megalomańskie potrzeby komunistycznego reżimu‚ znajdował się w sytuacji bardziej komfortowej‚ choć może niekoniecznie bardziej godnej pozazdroszczenia‚ niż Rogers‚ który musiał negocjować z lokalnymi władzami‚ ekologami‚ inwestorem i w dodatku uwzględniać koszty całego przedsięwzięcia. Terminal 3 w Pekinie oddano do użytku w ostatnich dniach lutego. To także typowa architektura high-tech‚ w której chłód szkła i stali złagodzono ciepłą kolorystyką i starożytną chińską sztuką planowania przestrzeni. Ekspert feng shui współpracował m.in. przy projekcie głównego wejścia do budynku‚ tak by miało przyjazny‚ uspokajający wygląd. Zastosowane z umiarem czerwień i żółcień przywołują na myśl cesarskie pałace.
Do chińskiej tradycji nawiązywać ma również kształt budynku‚ w zamyśle projektantów (biuro Foster and Partners we współpracy z inżynierami z Arup) terminal miał przypominać smoka‚ symbol mocy i potęgi żywiołów. Powierzchnię dachu pokrywają trójkątne świetliki skierowane na południowy-wschód pozwalające maksymalnie wykorzystać dzienne światło. Z góry rzeczywiście robią wrażenie smoczych łusek. Terminal ciągnie się na długości ponad 3 km w linii prostej (jakby dwie litery Y połączono nóżkami). W zestawieniu z tradycyjnymi chińskimi wyobrażeniami smoka jest więc może zanadto wyprostowany‚ jakby stał na baczność. Samoloty salutują mu ze wszystkich stron‚ od głowy po ogon.
5 proc. estetyki
Projekt pekińskiego terminalu przewiduje‚ że w ciągu najbliższych lat liczba obsługiwanych pasażerów może wzrosnąć nawet dwukrotnie‚ aż do 50 – 60 milionów rocznie. Brane jest pod uwagę dobudowanie drugiego „smoczego ogona”. Dla porównania otwarty niedawno Terminal 2 na warszawskim Okęciu ma obsługiwać docelowo ok. 10 mln pasażerów rocznie. Brak mu nie tylko atletycznej formy.
Według miesięcznika „Architektura – Murator” (wrzesień‚ 2007) w warunkach przetargu na rozbudowę i modernizację Okęcia ustalono‚ że waga wartości architektonicznych przyszłego budynku‚ czyli jakość jego designu‚ ma stanowić zaledwie 5 proc. wszystkich kryteriów uwzględnianych w konkursie. Powstał terminal bez właściwości‚ który mógłby stanąć wszędzie. Skłania przybyszów tylko do tego‚ by oddalili się szybko, nie nawiązując kontaktu wzrokowego.
Maja Mozga-Górecka
Źródło : Rzeczpospolita,

23 kwietnia 2008

Atak hakerów na serce

Naukowcy z uniwersytetów Waszyngton i Massachusetts, korzystając z komputera, oscyloskopu i nadajnika radiowego, zdołali włamać się do systemu kardiowertera‑defibrylatora serca. To małe, podobne do rozrusznika serca urządzenie wszczepia się chorym z poważną arytmią. Zadaniem maszyny jest monitorowanie i zapisywanie akcji serca, a w razie wykrycia zaburzeń ustabilizowanie skurczów za pomocą silnego impulsu elektrycznego.
Nowoczesne kardiowertery są wyposażone w moduł łączności bezprzewodowej, dzięki któremu lekarz może pobierać dane o pracy serca pacjenta oraz kontrolować i regulować wszczepione w klatkę piersiową urządzenie. To właśnie ten element stał się celem ataku naukowców. Okazało się, że przełamanie zabezpieczeń jest całkiem proste, a możliwości, jakie ono daje – przerażające. Na początku włamywacze wyciągnęli z maszyny zapisany przebieg pracy serca. Niby nic groźnego, ale kto chciałby się dzielić równie prywatnymi informacjami? Sprawa stała się poważniejsza, gdy okazało się, że można zmusić maszynę do wygenerowania impulsów, które doprowadzą do rozregulowania pracy serca i nagłej śmierci pacjenta.
Jest to możliwe, ponieważ lekarze dla każdego pacjenta indywidualnie ustalają tak zwany próg defibrylacji - siłę impulsu, jaka jest potrzebna do przerwania arytmii. Informacja ta jest przechowywana w kardiowerterze, jednak po przełamaniu jego zabezpieczeń można podnieść próg do niebezpiecznie wysokiego poziomu.
Badacze, którzy swoje doświadczenia prowadzili tylko w laboratorium, uspokajają, że sprzęt potrzebny do włamania kosztował 30 tysięcy dolarów, a połączenie z kardiowerterem wymaga zbliżenia się do niego na odległość pięciu centymetrów. Tyle że sprzęt szybko tanieje, a ludzie z wszczepionymi urządzeniami jeżdżą przecież metrem i siedzą w kolejce do fryzjera. Myślę, że siedzący obok facet z laptopem na kolanach nie wzbudziłby niczyich podejrzeń. Wystarczy już tylko ukryta antena, by nawiązać połączenie z kardiowerterem i wprowadzić w nim odpowiednie zmiany.
Niebezpieczne implanty
Naukowcy włamywacze, ogłaszając wyniki swoich doświadczeń, chcieli pokazać, że ogromna większość aparatury medycznej, która może decydować o życiu i śmierci, ma rozpaczliwie słabe zabezpieczenia. W czasach gdy przeciętny laptop ma ogromną moc obliczeniową i wbudowane moduły łączności bezprzewodowej, taka beztroska może kosztować bardzo wiele.
Warto zwrócić uwagę na to, że coraz popularniejsze stają się implanty, które łącząc się z mózgiem, regulują jego pracę u chorych na padaczkę i inne zaburzenia. Jakie efekty da podłączenie się do takiego urządzenia? Wydaje się więc, że nasze poczucie bezpieczeństwa oparte na rozdzieleniu świata wirtualnego i rzeczywistego właśnie przestało być aktualne. Witamy w świecie cyberpunku.
źródło: "Przekrój" nr 15/2008
autor: Piotr Stanisławski

11 kwietnia 2008

Co trzeba zrobić, żeby usunąć korupcję z polskiego futbolu?

Ja jestem uczciwy. Zapłacili za 3:0 i będzie 3:0 – mówił sędzia pierwszoligowy w filmie "Piłkarski poker".
Winnych złapać i ukarać, kluby zamieszane w korupcję zdegradować i wszystko będzie w porządku – wołają naiwni, którzy nie zdają sobie sprawy ze skali zjawiska. Oczywiście winnych trzeba karać, ale to nie wystarczy. Bo korupcja w polskiej piłce to nie jest sprawka kilku, czy nawet kilkuset czarnych owiec. Problemem jest brak owiec białych.
W ciągu czterech lat, od kiedy policja i prokuratura ścigają nieuczciwych działaczy, sędziów, trenerów i piłkarzy, zatrzymano lub przesłuchano już sto kilkanaście osób. Wśród nich jest wielu ludzi cieszących się w środowisku piłkarskim dużym autorytetem, jak byli sędziowie Wit Żelazko i Aleksander Suchanek, czy trenerzy, a wcześniej reprezentanci Polski Dariusz Wdowczyk i Andrzej Woźniak. Polski Związek Piłki Nożnej ukarał dyskwalifikacjami i grzywnami dziesiątki osób, a degradacjami i karnymi punktami kilkanaście klubów. I końca nie widać! Afery korupcyjne co pewien czas wybuchają w różnych krajach. Wszędzie jednak dotyczą ograniczonej grupy osób, która działa w określonym czasie. Łatwo więc opanować sytuację. U nas, niestety, korupcja jest tak mocno zakorzeniona, że niczym sycylijska mafia odradza się po każdej fali aresztowań.
Wspólnoty węgla i stali
To było w połowie lat siedemdziesiątych. Mój kolega z liceum miał wysoko postawionego ojca i wiedział bardzo dużo. "Jesteś ciekawy, kto będzie mistrzem Polski, a kto spadnie?" – zapytał mnie. Potem rozpisał wyniki kilku ostatnich kolejek ligowych. Nie chciałem mu wierzyć. W pojedynczych meczach wiadomo, że zdarza się korupcja, ale żeby w zmowie była cała liga? Załamałem się, kiedy się okazało, że "trafił" wszystkie wyniki. W tamtych czasach polska piłka była polem rywalizacji między komunistycznymi bossami różnych branż. Najmocniejsze były górnictwo (Górnik Zabrze, GKS Katowice, Szombierki Bytom, Zagłębie Sosnowiec), hutnictwo (Ruch Chorzów, Stal Rzeszów, Stal Mielec), wojsko (Legia Warszawa, Śląsk Wrocław) i milicja (Wisła Kraków, Gwardia Warszawa). Nigdzie nie księgowane pieniądze krążyły z ręki do ręki. Często zresztą piłkarze otrzymywali po prostu służbowe polecenia, żeby np. wspomóc bratnie kluby. To wtedy zalęgło się zło w środowisku piłkarskim.
Z czasem ludzie związani z piłką pogodzili się, że rządzą układy. Swoją życiową wiedzę przekazywali młodym adeptom piłki. Rosły kolejne pokolenia ludzi o spaczonej moralności. Mówił o tym kilka lat temu były reprezentant Polski Roman Kosecki: – Kibice obserwują tylko ekstraklasę, a nie spoglądają na tych kłamliwych działaczy, tych pseudotrenerów, którzy zajmują się najmłodszymi piłkarzami. Jeśli nastoletni juniorzy sprzedają mecze, przyzwyczajają się do tego, że sędzia celowo im sprzyja, to jacy mogą wyrosnąć z nich zawodnicy? My się później dziwimy, że handlują w lidze, skoro wychowali się w takim środowisku!
Wielkie pranie
W latach dziewięćdziesiątych, kiedy skończyło się finansowanie sportu przez przemysł, pojawiło się nowe zjawisko. Upadające kluby zaczęli wspomagać biznesmeni, o których nie było wiadomo, w jaki sposób się dorobili. Górnika Zabrze ratował np. niejaki Władysław Kozubal. Wiedziano o nim tylko, że na stałe mieszka w Szwajcarii. Ludzie ci swoje pieniądze, których nie mogli legalnie zaksięgować, wydawali "spod lady" – na premie dla piłkarzy, a także na ustawianie meczów. To co zainwestowali, odzyskiwali, np. sprzedając piłkarzy lub prawa do transmisji telewizyjnych. W ten sposób kluby sportowe stały się wielkimi pralniami brudnych pieniędzy. Handel meczami odbywał się niemal na oczach kibiców. W ostatniej kolejce sezonu 1992/1993 Legia Warszawa i ŁKS Łódź "korespondencyjnie" rywalizowały o mistrzostwo. Miały tyle samo punktów, decydowała liczba strzelonych bramek. ŁKS wygrał z Olimpią Poznań aż 7:1, ale nic mu to nie pomogło, bo Legia pokonała Wisłę w Krakowie 6:0. Kibice na wszystkich pozostałych stadionach reagowali salwami śmiechu na komunikaty spikerów o kolejnych golach. PZPN odebrał potem obu "zwycięskim" drużynom tytuły mistrza i wicemistrza. Mecz w Łodzi sędziował wtedy Michał Listkiewicz, obecny prezes PZPN.
Fryzjer strzyże równo
W krajach Europy Zachodniej jest sporo klubów o stabilnej pozycji finasowej, które rywalizują o najważniejsze trofea. Kluby te wygrywają, bo co roku kupują najlepszych piłkarzy z całego świata. U nas jest inaczej. Co pewien czas w polskim futbolu pojawia się jakaś nowa siła, często w bardzo małej miejscowości. Kiedyś był to np. Sokół Pniewy, ostatnio Amica Wronki. Wielki futbol niespodziewanie wraca do Lubina czy Kielc. Nie powstają jednak tam drużyny gwiazd. Zagłębie Lubin czy Kolporter Korona Kielce wygrywały mecz za meczem, mimo że wcale nie miały lepszych piłkarzy niż ich rywale. Trudno się potem dziwić, że polskie kluby sromotnie odpadają w pierwszych rundach europejskich pucharów.
Ustalenia prokuratury co pewien czas przynoszą spektakularne sensacje. Opinia publiczna w zeszłym roku była wstrząśnięta tzw. aferą Fryzjera. Ryszard F., zwany w środowisku piłkarskim Fryzjerem (jest fryzjerem z zawodu) przez wiele lat pośredniczył w ustawianiu meczów. W jego stajni było ponad 20 arbitrów. Zdaniem dobrze poinformowanych, "mafia Fryzjera" jest tylko jedną z kilku takich grup w polskiej piłce. Ostatnio szok wywołała wpadka renomowanego trenera Dariusza Wdowczyka. W specjalnym oświadczeniu tłumaczył on, że przekazywał pieniądze sędziom, by prowadzili zawody… uczciwie. Miał w ten sposób tylko neutralizować korupcyjne zamierzenia innych klubów.
Wbrew pozorom to, co napisał Wdowczyk, zawiera w sobie istotę zjawiska. Uczciwy nie ma w polskiej piłce szans, bo po prostu będzie przegrywał. Sędzia często bierze od obu stron po 30 tysięcy, a po meczu "uczciwie" oddaje pieniądze tym, którzy przegrali. Płaci się obserwatorom mającym oceniać sędziów, przekupuje się piłkarzy. W większym lub mniejszym stopniu umoczeni są wszyscy, bo nawet gdy osobiście nie biorą i nie dają pieniędzy, to wiedzą o tym procederze, a więc ukrywają przestępców. Dlatego panuje zmowa milczenia. Ci, którzy ją przerwali i przyznali się do winy (piłkarz Mariusz Ujek oraz prezesi GKS Katowice Piotr Dziurowicz i Odry Opole Ryszard Niedziela) spotkali się z powszechnym potępieniem opinii publicznej.
Co robić?
Co zatem można zrobić? Co roku wyłapywać kolejnych nieuczciwych i mieć nadzieję, że w końcu wpadną wszyscy? A może rozwiązać PZPN, I, II i III ligę i próbować wszystko zacząć od nowa? Czy nawet – jak ktoś zaproponował żartobliwie – zaorać boiska? Na pewno nie można zrezygnować z karania winnych, ale nic się nie zmieni, jeśli nie ustaną przyczyny korupcji.
Po pierwsze finanse klubów muszą zostać poddane wnikliwej kontroli. Prezesom klubów drugoligowych opłaca się "zainwestować" kilkaset tysięcy w łapówki, jeśli wiedzą, że po awansie do ekstraklasy same tylko prawa do transmisji telewizyjnych sprzedadzą za grube miliony. Warto przypomnieć, że według nieoficjalnych danych Ekstraklasa Polska uzyskuje z tego źródła 150 milionów zł. 50 procent z kontraktu dzielone jest po równo na wszystkie kluby, 25 procent uzależnione jest od miejsca w tabeli, a kolejne 25 procent od tego ile meczów danej drużyny pokaże telewizja. Jest więc o co walczyć.
Po drugie korupcji sprzyja także utrzymywanie funkcji obserwatora, wystawiającego ocenę sędziemu. Obecnie, kiedy wszystkie mecze są filmowane, oceną pracy każdego arbitra może zająć się większa grupa osób, którą trudniej skorumpować.
I wreszcie po trzecie nie należy dopuszczać do rozgrywek klubów zadłużonych. Zasada ta nie jest ściśle respektowana. A przecież nie wszyscy mecze kupują, ktoś też sprzedaje. Najczęściej ci, którym nie powodzi się najlepiej.
Czy to wystarczy? Pewnie nie. Ale jest jeden powód do optymizmu. Na mecze ligowe przychodzi coraz więcej ludzi. Jeśli dochód ze sprzedaży biletów będzie stanowił coraz większą część w budżecie klubów, kibice będą coraz mniej lekceważeni. Trudno sobie przecież wyobrazić, by Real Madryt odważył się sprzedać mecz na wypełnionym po brzegi Santiago Bernabeu.
Źródło: Leszek Śliwa / Gość Niedzielny

2 kwietnia 2008

Windows Vista padł w cztery godziny

Jak myślisz - jak długo twój komputer będzie się bronić przed atakiem hakera? 30 sekund, cztery godziny czy wieczność? Wszystko zależy od tego, jaki system operacyjny zainstalujesz w maszynie i jaki haker weźmie Cię na cel. Windows Vista i Leopard padły, Ubuntu hakerzy nie dali rady.
CanSecWest to konkurs dla internetowych włamywaczy. Grupy hakerów próbują dostać się do zabezpieczonych komputerów. Wygrywa najszybsza z nich. Tym razem "na warsztat" wzięto trzy systemy: Windows Vista, Leopard i Ubuntu.
Jako pierwszy padł Leopard. Do najnowszego dziecka firmy Apple, całkowicie zabezpieczonego laptopa MacBook Air, hakerzy włamali się zaledwie w 30 sekund. W tym celu wykorzystali lukę w przeglądarce Safari. Za swój wyczyn zgarnęli 10 tysięcy dolarów nagrody.
Jako drugi padł notebook Fujitsu z systemem Vistą Ultimate SP1. Haker włamał się niego po czterech godzinach. Wszedł do środka przez lukę w Adobe Flash. Dostał za to 5000 dolarów i laptopa, do "którego się dostał".
Najdłużej bronił się laptop Sony z systemem Ubuntu 7.10. Hakerzy trzy dni łamali sobie głowy nad jego pokonaniem i... nie dali rady - donosi serwis hacking.pl. Vista kosztuje około 250 złotych. Leopard około 500 złotych. Ubuntu rozprowadzany jest za darmo.
Źródło: dziennik.pl

27 marca 2008

Uzależnieni od potopu Made in China

By solidaryzować się z Tybetańczykami i ze sportowcami, którzy są pod presją opinii publicznej, każdy może zbojkotować produkty chińskie. Każdy może spróbować nie kupować ich do własnego domu. Czy to jest dzisiaj możliwe?
Kiedy siedem lat temu zdecydowano, że Igrzyska Olimpijskie 2008 odbędą się w Pekinie, doskonale wiadome było to, co dzisiaj tak oburza: że władze tego kraju łamią prawa człowieka, okupują Tybet, zatrudniają dzieci i nie płacą więźniom, którzy stanowią najtańszą siłę roboczą w tym kraju.
Dzisiaj zwolennicy bojkotu pekińskiej olimpiady chcą ukarać sportowców, bo świat nie potrafi sobie poradzić z chińskim problemem. Zapominają jakby, że znacznie łatwiej byłoby Chińczykom obejść się bez świata niż światu bez nich. A w dodatku globalna gospodarka z każdym dniem jest od Państwa Środka coraz bardziej uzależniona.
Przeżyć bez chińszczyzny
Próby bojkotu chińskich towarów były podejmowane już wielokrotnie i jeśli kończyły się sukcesem, to zawsze był on drogo okupiony. Sara Bongiorni, amerykańska dziennikarka i jej mąż postanowili przez rok nie kupować nic, co jest wyprodukowane w Chinach. – Nie miał to być protest – tłumaczy Sara – ale próba sprawdzenia, na ile jej pięcioosobowa rodzina jest uzależniona od globalnej gospodarki. Wyszło, że jest aż za bardzo. A próba zmiany nawyków konsumpcyjnych okazała się nadzwyczaj kosztowna. Sara przyznaje, że kilkakrotnie świadomie się poddała, kiedy indziej próbowała obejść złożone samej sobie przyrzeczenie. Dzieci szybko znudziły się zabawą wyłącznie niemieckim Playmobilem i duńskim Lego, chociaż obydwie firmy złamały się i niektóre modele również produkują w Chinach. Ale kiedy zamiast kilkunastu dolarów musiała zapłacić aż 70 za tenisówki dla czteroletniego syna, zwątpiła, czy ten eksperyment miał sens. Naturalnie że miał, bo Sara po jego zakończeniu napisała bestseller „Rok bez Made in China” i zgarnęła ponad milion dolarów, wygłaszając odczyty na konferencjach.
Jej brytyjska koleżanka załamała się po miesiącu. Jest na rynku dziennikarskim wolnym strzelcem, więc musi być stale pod telefonem. Nie mogła używać telefonu komórkowego i laptopa, teksty pisała w notatniku (Made in France za 15 funtów), dyktując je przez telefon (rachunek wzrósł z kilkunastu do 70 funtów miesięcznie). Straciła wiele szans na zarobienie pieniędzy, bo podczas rozmów z telefonu stacjonarnego nie działała automatyczna sekretarka.
Recesja jak w banku
Praktycznie niemożliwy jest bunt konsumencki. To prawda, z niektórych chińskich produktów można zrezygnować. W przypadku większości znacznie drożej zapłacimy za niechiński substytut. Często jednak nawet nie wiemy, że niektóre towary zawierają w sobie znaczący chiński wkład. Dzisiaj rezygnacja z chińskiego importu oznaczałaby recesję nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i większości rozwiniętych krajów świata, inflacja wzrosłaby do dwucyfrowego poziomu, bo chińskie artykuły są bardzo tanie. Byłoby to również dotkliwe dla najbiedniejszych konsumentów, których na kupno drogich, niechińskich produktów najzwyczajniej nie stać.
Bojkot Chin to pewna kraksa światowej motoryzacji. Bo nie ma światowego koncernu samochodowego, który nie miałby tam swojej fabryki produkującej na miejscowy rynek. W tym kraju zaopatrują się producenci samolotów, bo i oni są uzależnieni. Tak samo jak i linie lotnicze wysyłające na chińskie trasy największe samoloty. A tamtejszy rynek towarów luksusowych rośnie szybciej niż jakikolwiek inny.
Próby obrony
Na palcach można policzyć światowe firmy, które w celu obniżenia kosztów nie zdecydowały się na przeniesienie produkcji do Chin. Wybronić się może przemysł kosmetyczny, bo luksusowa La Prairie z informacją „Made in China” mało którą wymagającą klientkę przekona. Ze względów logistycznych przez wiele lat nie produkował w Chinach hiszpański Inditex, właściciel marek Zara i Massimo Dutti. Początkowo miał tylko firmę dystrybucyjną w Hongkongu. Kiedy jednak się okazało, że Chinki uznały ubrania Zary za jeden z „najgorętszych produktów na rynku”, właściciel Inditeksu Amancio Ortega złamał się i zgodnie z filozofią firmy „produkcja blisko rynku” otworzył fabryki także w Chinach. Sara i jej mąż postanowili nie kupować niczego wyprodukowanego w Chinach. Kiedy zapłaciła 70 dolarów za tenisówki dla syna, zwątpiła
Bronią się jeszcze hiszpańscy szewcy, zwłaszcza solidne rodzinne firmy, takie jak Farrutx z Majorki, Jaime Mascaro z Menorki, florenccy kaletnicy, szwajcarscy, włoscy i francuscy jubilerzy – Cartier czy Buccellatti. Przy ich produkcji liczy się tradycja i wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dlatego też długo jeszcze oryginały szwajcarskich zegarków będą powstawały pod Bazyleą i Bernem i nadal będą kosztować po kilka tysięcy euro. Za ułamek tej kwoty można tylko kupić wierne kopie, ale to już produkty czysto chińskie. Z piractwem intelektualnym świat także nie może sobie poradzić. Aby uświadomić zagrożenia związane z piractwem, zorganizowano w marcu w Brukseli wystawę podrabianych sprzętów. Hitem było czerwone ferrari P4, które w 1967 roku zmontowano tylko w trzech egzemplarzach.
Informacja ucieka
Metka „Made in China” rzadko jest gwarancją najwyższej jakości. Nawet kiedy wyhaftowano na niej „Made with Love and Care in China”, na luksusowej odzieży rozczarowuje. Tak samo jak londyński misiek Paddington czy miniaturka piętrowego autobusu albo charakterystycznej czerwonej budki telefonicznej. Zresztą i londyńskie taksówki produkują Chińczycy. Za to jaka ulga, kiedy okazuje się, że kupowana w amerykańskim Saks Fifth Avenue podejrzanie tania koszula Ermenegildo Zegna jest uszyta w USA. Tyle że mięsista bawełna, pewnie także amerykańska, została już utkana w Chinach. Firmy produkujące w Kraju Środka mają mnóstwo sposobów na ucieczkę od przyklejenia etykietki Made in China. Może to być sprzedaż pod własną marką. Producenci przetworów żywnościowych nie mają obowiązku informowania o tym, że dodają importowane z Chin składniki do płatków śniadaniowych, konserw mięsnych, przypraw. Masarze napychają kiełbasianym farszem importowane z Chin osłonki. Połowa soku jabłkowego sprzedawanego w USA pochodzi z Chin. – Sok jabłkowy kiepskiej jakości, najtańszy jest bardzo słodki – pomaga w identyfikowaniu producentów Johan Homberg, utytułowany barman świata.
Sami Chińczycy także mają swoje sposoby, aby ich kraj, jako miejsce produkcji, był jak najmniej widoczny. Często zamiast „Made in China” umieszczają napis „Made in PRC”, czyli wyprodukowano w Chińskiej Republice Ludowej, albo „Made in Transoceanic China”, czyli w Chinach Zamorskich.
Globalne ryzyko
Siedem lat temu największe światowe firmy biły się o kontrakty na status sponsora pekińskiej olimpiady. Zapaleniu znicza olimpijskiego w Atenach w Poniedziałek Wielkanocny (gwarancję, że nie zgaśnie daje elektroniczne urządzenie Samsunga) towarzyszyły protesty organizacji broniących praw człowieka. Ich przedstawiciele domagają się teraz od szefów Johnson & Johnson, Coca-Coli, GE, Omegi, Kodaka, Visy, McDonaldsa ujawnienia szczegółów umów sponsorskich. Dla nich bojkot transmisji telewizyjnych, nie mówiąc o bojkocie olimpiady, byłby finansową katastrofą.
Metka sprzętu i mebla
Ten tekst napisany został na komputerze Apple (Assembled in China) i wysłany za pośrednictwem modemu Huawei Technologies (Assembled in China). Cytaty nagrano na dyktafonie Sony (Made in China). Krzesło, na którym siedziałam, miało napis Design and Quality of Ikea Sweden, zapewne więc było Made in China, bo gąbka z podłokietników od początku się wykrusza. Za to solidne jest sosnowe biurko – Made in Poland. Ubrana byłam w sweter i spodnie Made in Italy, kupione 12 lat temu. Po każdym praniu wyglądają jak nowe.
Danuta Walewska
Źródło : Rzeczpospolita

20 marca 2008

Czujniki walczą z korkami w Lubinie

Światła na ulicy Kościuszki w Lubinie. Podjeżdżając do skrzyżowania, kierowcy nawet nie domyślają się istnienia zatopionych w asfalcie czujników, które non stop zbierają dane o natężeniu ruchu i prędkości pojazdów poruszających się tą drogą.
Informacje natychmiast trafiają do centrum zarządzania. Komputer na bieżąco analizuje dane z całego obszaru i automatycznie zmienia częstotliwość świateł sygnalizacji na wszystkich skrzyżowaniach w taki sposób, by ruch pojazdów był jak najbardziej płynny.
Tak w uproszczeniu działa Zintegrowany System Zarządzania Ruchem firmy Vialis Polska, który dziś zostanie oficjalnie otwarty w Lubinie. Poznań takie rozwiązanie wdraża od roku 1997 i dotychczas objął nim 115 skrzyżowań. Lubin jest drugim miastem w Polsce, które zapragnęło mieć system Vialis u siebie. - Zaczynamy od sygnalizacji na trzech skrzyżowaniach wzdłuż ulicy Kościuszki - mówi Zdzisław Przepiórski, który w urzędzie miasta koordynuje projekt. - Za pół roku dołączy do nich ulica Niepodległości. A w przyszłym roku chcielibyśmy wpiąć do systemu także ulicę Paderewskiego. Pół miliona złotych wyłożył prezydent Lubina. 600 tysięcy dołożyła spółka Vialis. Wystarczyło na zakup najnowocześniejszych technologii: światłowodów jednodomowych i doskonałych sterowników.
Zgodnie z założeniem system będzie się rozrastał i docelowo obejmie cały Lubin. Drogi w mieście są zapchane i póki nie powstanie obwodnica, trudno liczyć na znaczną poprawę sytuacji, ale Vialis daje nadzieję na rozładowanie korków. - Możliwości naszego systemu są praktycznie nieograniczone - mówi Tadeusz Nawalaniec z Vialis Polska. - Na przykład policji pozwala na przybliżenie tablic rejestracyjnych wszystkich samochodów przejeżdżających przez Lubin i sprawdzenie, czy któryś wóz nie jest kradziony. Już teraz system rozróżnia autobusy miejskiej komunikacji od innych pojazdów i tak steruje ruchem, by jak najrzadziej musiały zatrzymywać się na skrzyżowaniach. W przyszłości na podobnej zasadzie będzie zniechęcał kierowców ciężarówek do przejazdu przez centrum. Lubinianie będą mogli na bieżąco sprawdzić w internecie lub przez SMS sytuację na drogach.
Inni też chcą
Nad wdrożeniem zintegrowanego systemu sterowania ruchem pracują inne miasta. Zaawansowane są prace w Krakowie i Warszawie. W Poznaniu system kosztował 13,5 mln zł. Wdrożenie go w Warszawie i Krakowie pochłonie odpowiednio 38 mln zł i 80 mln zł.
Źródło: NaszeMiasto.pl

11 marca 2008

Budowa Stadionu Olimpijskiego w Pekinie ma miesiąc opóźnienia

Nawet w Chinach zdarzają się opóźnienia. Najlepszym na to dowodem jest zwłoka na budowie Stadionu Olimpijskiego w Pekinie. "Ptasie gniazdo" zostanie oddane do użytku o miesiąc później, niż planowano. Do igrzysk zostało już tylko 150 dni.
Główny stadion Igrzysk 29. Olimpiady, który pomieści 91 tysięcy widzów, miał być oddany do użytku w marcu tego roku, chociaż pierwotnie termin był na grudzień 2007 roku. Na budowę, która rozpoczęła się w grudniu 2003 roku, wydano już około 295 milionów euro.
Jednak stadion zostanie oddany do użytku w kwietniu, o miesiąc później, niż zakładały to plany - poinformował rzecznik komitetu organizacyjnego igrzysk, Jiang Xiaoyu.
Obiekt, który zaprojektowali szwajcarscy architekci Jacques Herzog i Pierre De Meuron, zwany jest Ptasim gniazdem ze względu na ciekawą architekturę i kształt. 8 sierpnia odbędzie się tam ceremonia otwarcia, a 24 sierpnia uroczystość zamknięcia olimpiady. O medale na tym stadionie będą walczyć lekkoatleci i piłkarze.
Źródło: dziennik.pl

13 lutego 2008

Botoks zabija Hollywood

W ciągu minionego dziesięciolecia hollywoodzkie aktorstwo było stopniowo niszczone przez bakterię o nazwie Clostridium botulinum.
W tym tygodniu oglądałem najnowsze, hipnotycznie potworne dzieło braci Coen "To nie jest kraj dla starych ludzi" i nie mogłem się pozbyć wrażenia, że jest coś odmiennego, coś ekscytującego i świeżego w grze wszystkich odtwórców głównych ról: Tommy’ego Lee Jonesa, Javiera Bardema i Josha Brolina. Dopiero po pół godzinie kontemplowania tego fenomenu zdałem sobie sprawę, w czym rzecz. Wszyscy trzej mogli poruszać twarzami!
Dziś większość aktorów w większości filmów ma twarze celowo sparaliżowane, niezdolne do wyrażenia czegokolwiek. W najsłynniejsze oblicza na planecie wstrzyknięto ocean botoksu i kolagenu, pozostawiając publiczność w poczuciu pewnego zagubienia.
Tymczasem w tym filmie zmarszczki i bruzdy na czole Tommy’ego Lee Jonesa są równie szorstkie, jak teksańska pustynia patrolowana przez granego przezeń szeryfa. Poprzez niemal niedostrzegalne ruchy tych rozpadlin na swej skórze potrafi wyrazić cierpienie, panikę i żałobę. Podobnie portret psychopaty o oczach bez wyrazu w wykonaniu Javiera Bardema: właśnie dlatego jest tak świetny, że jego obwisłą twarz stać na coś więcej niż pustka.
Większość hollywoodzkich gwiazd jest do czegoś takiego zwyczajnie niezdolna. Nie mówię tu tylko o osobach pokroju Melanie Griffith, wyglądających jak z najgorszego koszmaru Salvadora Dali; mam na myśli artystów u szczytu powodzenia, uważanych wciąż za gwiazdy pierwszej wielkości. Mówię zwłaszcza o pewnej sławnej aktorce utrzymującej, że ustrzegła się zmarszczek dzięki starannej pielęgnacji cery. Dziesięć lat temu była figlarną, bystrą artystką, zwinnym krokiem zmierzającą ku wielkości. Pokłuta i pocięta, wygląda dziś jak atrapa doskonałości – jej twarz nie może wykonać najmniejszego ruchu. Nie maluje się na niej nawet cień przyjemności czy bólu. Może tylko trwać zastygła w grymasie pasującym najwyżej do ekskluzywnej reklamy.
Prawie każdy amerykański film ma dziś obsadę w tym samym podtrutym botoksem stanie. Jasne, hollywoodzkie aktorki zawsze majstrowały przy własnym wyglądzie: w latach 30. wiele z nich łykało jaja tasiemca, żeby stracić na wadze. Jednak zabiegi przełomu XX i XXI wieku są o wiele bardziej okaleczające - w wymiarze aktorskim - niż te dawniejsze. W latach 40. Rita Hayworth przeszła kilka niewielkich zabiegów plastycznych: elektrolitycznie usunięto jej włosy, uwydatniając trójkąt na środku czoła (studio uważało, że dzięki temu wygląda "bardziej egzotycznie"). Marilyn Monroe miała operację brody. Żaden z tych zabiegów nie wpłynął jednak na ich zdolność do poruszania twarzą – i grania.
Botoks to dla aktora coś o wiele bardziej drastycznego. Nie tylko napina czy zmienia skórę – ale paraliżuje nerwy. W świetnej książce Sary Churchwell "The Many Lives of Marilyn Monroe" można przeczytać anegdotę ilustrującą, jak ważne na dużym ekranie są te najdrobniejsze, prawie niezauważalne ruchy twarzy, uniemożliwiane przez botoks. W roku 1956 w filmie "Przystanek autobusowy" Marilyn obsadzono razem z Donem Murrayem, uhonorowanym licznymi laurami aktorem teatralnym debiutującym w kinie. Po nagraniu scen z jej udziałem podsumował ją jako martwą, fatalną aktorkę, ponieważ wyglądała, jakby nie robiła nic, poza zblazowanym staniem w miejscu. Dokładnie tak samo zareagowała na nią brytyjska aktorka Sybil Thorndike. Kiedy jednak obejrzeli niezmontowany film zdali sobie sprawę, że Marilyn, jako jedyna spośród nich, umiała grać do kamery: jej drobne, stonowane reakcje mimiczne umiały poruszyć serce chłopaka w 22 rzędzie.
Gdyby Marilyn wstrzyknęła sobie botoks, zmieniłaby się dokładnie w takiego manekina, za jakiego mieli ją Murray i Thorndike. Kolagen nie jest zresztą lepszy: napompowana twarz, nieruchome usta, zdolność do wyrażania podstawowych emocji - praktycznie żadna. Jestem pewien, że w tym leży tajemnica oscarowych sukcesów brytyjskich aktorek w ostatnich 10 latach: żadna z nich nie sparaliżowała sobie twarzy. Helen Mirren, Judi Dench i, w tym roku, Julie Christie w rozdzierająco smutnym "Away From Her", wszystkie przyjęły potencjalne bogactwo przynoszone przez zmarszczki i kurze łapki. Robią z niego użytek. Wiedzą, że zmarszczki są świadectwem głębi, bogactwa i życia.
Oczywiście, botoksowa moda stawia aktorki dobiegające hollywoodzkiej starości (czyli czterdziestki) przed okrutnym wyborem. Jeśli odmówią poddania się zabiegom, nie dostaną roli. Jeśli jednak się na nie zdecydują, nie będą mogły grać. Znajdują się w pułapce naszego odrażającego pragnienia, żeby znikły nam sprzed oczu wszelkie ślady starzenia, nawet te na kinowym ekranie.
Alfred Hitchcock powiedział kiedyś: "Najwspanialszym efektem specjalnym jest zbliżenie ludzkiej twarzy". Botoks zabił ten efekt, pozbawiając filmy wszelkiego wyrazu. Johann Hari/Independent Źródło: Onet

31 stycznia 2008

Tajny raport UEFA atakuje Polskę

Niedługo Polska straci prawo organizacji Euro 2012 - wynika z raportu Europejskiej Federacji Piłkarskiej, do którego dotarł DZIENNIK. Europejska centrala zarzuca polskim władzom, że nie robią nic, by zdążyć z przygotowaniami do mistrzostw. Europejska centrala piłkarska krytykuje niedostateczne postępy w budowie stadionów, autostrad i lotnisk. Jeszcze poważniej brzmią oskarżenia o chaos organizacyjny i polityczny.
DZIENNIK dowiedział się, co dokładnie zawiera raport, który wczoraj został przesłany do PZPN. "Jeszcze nie wiemy, czy opublikujemy ten dokument, jednak mogę przyznać, że jest znacznie gorzej, niż się spodziewaliśmy" - skomentował raport jeden z przedstawicieli UEFA. Zdaniem organizacji, polityka ma zbyt duży wpływ na organizację Euro 2012: w Polsce w ciągu roku mieliśmy aż trzech ministrów sportu, nie udało się również wypracować odpowiedniej formuły współpracy między rządem i PZPN.
"Niestabilność polityczna w Polsce i na Ukrainie oraz braki w infrastrukturze są obecnie zbyt poważne. Jest już za późno, żeby czekać nie wiadomo na co. Trzeba działać!" - oświadczył wczoraj sekretarz generalny UEFA David Taylor. Na razie nasi politycy nie poczuwają się do odpowiedzialności za całą sytuację. Raport powstał po serii wizyt, które składali w Polsce przedstawiciele UEFA do listopada ubiegłego roku. Ten fakt podkreśla obecny minister sportu Mirosław Drzewiecki. Jego zdaniem piłkarska centrala tak naprawdę wystawiła ocenę rządom PiS. "My nie ponosimy odpowiedzialności za wymienione w raporcie opóźnienia. One powstały, gdy jeszcze nie rządziliśmy" - broni się polityk PO. Z kolei Elżbieta Jakubiak, minister sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, odpowiada: "Tak złego raportu nie było, kiedy byłam ministrem i nie było mowy, że taki raport powstanie".
Złe wrażenie starał się wczoraj zatrzeć szef PZPN Michał Listkiewicz. Na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego UEFA w Zagrzebiu przekonywał działaczy, że od listopada wiele zmieniło się na lepsze: premier Tusk w swoim expose uznał Euro 2012 za jeden z priorytetów rządu; powołano Spółkę Skarbu Państwa PL 2012. Mimo to ostrzeżenia UEFA nie można bagatelizować. Tym bardziej że spółka PL 2012 wciąż nie rozpoczęła swojej działalności. Znamienne też, że raport przesłano do Polski właśnie teraz. Dotąd nieformalna umowa między stroną polską i UEFA mówiła, że na uregulowanie wszystkich spraw formalnoprawnych mamy czas do zakończenia tegorocznych mistrzostw Europy w Szwajcarii i Austrii, czyli do lipca. Jeśli europejska centrala postanowiła działać wcześniej, można się domyślać, że uznała sytuację za krytyczną.
Wręcz alarmująco zabrzmiały wczoraj słowa najważniejszego człowieka europejskiej piłki, szefa UEFA Michela Platiniego. "Najbliższe pięć, sześć miesięcy będzie decydujące. Jeśli je dobrze przepracujecie, unikniecie opóźnień, które mogą się okazać tragiczne w skutkach" - powiedział słynny Francuz.
NASZE PRZYGOTOWANIA DO EURO 2012
Nasze zobowiązania wobec UEFA
Hotele
UEFA nie określiła szczegółowo liczby miejsc hotelowych, które muszą powstać na Euro 2012. Ważne, by jak najwięcej z nich znajdowało się w odległości do 75 km od stadionu. Według polskich ekspertów, w momencie przyznawania nam organizacji imprezy w naszym kraju brakowało około 41 tysięcy miejsc hotelowych. Wiadomo było też, że każde z miast gospodarzy musi mieć co najmniej 3 hotele pięciogwiazdkowe i 5 hoteli czterogwiazdkowych.
Autostrady
UEFA nie wyznaczyła nam konkretnych wymogów dotyczących poprawy stanu dróg. Ale tuż po przyznaniu nam organizacji mistrzostw GDDKiA w raporcie "Drogi do Euro 2012" zapowiedziała, że przed pierwszym gwizdkiem zostanie u nas oddanych do użytku 930 km nowych autostrad i 2300 km dróg ekspresowych. W całości mają być gotowe autostrady A1, A2 i A4.
Stadiony
Zobowiązaliśmy się do budowy bądź przebudowy 6 stadionów. Trzy mają mieścić powyżej 50 tys. widzów, dwa powyżej 40 tys. i jeden powyżej 30 tys. Wszystkie miały być gotowe do końca 2010 roku.
Lotniska
W tym wypadku też nie było precyzyjnych wymogów ze strony Federacji. Polscy eksperci od razu zaznaczyli, że wszystkie lotniska w miastach goszczących Euro wymagają modernizacji, która co najmniej dwu-, trzykrotnie zwiększy ich przepustowość.
Tyle już zrobiliśmy
Autostrady
W minionym roku oddano zaledwie jeden 25-kilometrowy odcinek autostrady A1. Jeszcze mniejszy postęp zrobiliśmy w budowie dróg ekspresowych - do użytku oddano zaledwie 23 km. W budowie jest kolejne 282 km ekspresowych i 172 autostrad, a w tym roku zaczną się prace na kolejnych 515 km dróg ekspresowych i 625 km autostrad.
Hotele
W Warszawie i okolicach do mistrzostw musi powstać 10 tys. miejsc hotelowych, czyli 20 - 30 nowych hoteli. W tym roku przybyło zaledwie tysiąc nowych miejsc (7 hoteli). Poznań potrzebuje 8 tys. miejsc. Od kwietnia nie przybyło nawet 1 tys. Wrocław na mistrzostwa chce zbudować 23 nowe hotele na 16 tys. miejsc. W budowie jest tylko jeden. W lepszej sytuacji jest Gdańsk, który dzięki współpracy z Gdynią i Sopotem już teraz spełnia wymogi. Jeszcze w tym roku zakończy się tu budowa dwóch nowych hoteli pięciogwiazdkowych.
Stadiony
W Poznaniu rozbudowa stadionu powinna już trwać w najlepsze, ale jeszcze się nie zaczęła. Rozstrzygnięto jedynie przetarg na nadbudowę trzeciego poziomu trybun, prace ruszą jeszcze w lutym. We Wrocławiu postępy jeszcze mniejsze. W grudniu miasto powołało spółkę Wrocław 2012, która ma dopiero wyłonić projektanta i wykonawcę stadionu. Sprawniej działają władze Gdańska. Spółkę celową powołały w październiku, w tym samym miesiącu zatrudniono też firmę doradczą, która przygotowała dokumentację do przetargów na projekt i wykonanie stadionu. Projektant ma być wybrany jeszcze w tym tygodniu. W listopadzie miasto dogadało się z działkowcami, którzy zgodzili się przenieść w nowe miejsce. Mają na to czas do końca marca tego roku. Niewielkie sukcesy ma też Warszawa. Zdołano tu wyrzucić kupców z korony Stadionu Dziesięciolecia, powołać spółkę do budowy stadionu, przygotować konkurs na zagospodarowanie terenów wokół obiektu i dwa miesiące temu wyłonić projektanta,
który właśnie zaprezentował projekt koncepcyjny Stadionu Narodowego.
Lotniska
Niewiele wydarzyło się w kwestii modernizacji lotnisk. Wrocław zdołał zebrać dokumentację potrzebną do uzyskania pozwolenia na budowę nowego terminalu. Poznań, którego lotnisko ma do Euro obsługiwać 3 mln pasażerów (dwa razy więcej niż dziś), na razie wyliczył, że na modernizację potrzebuje 49 mln euro. I liczy na to, że dostanie te pieniądze z budżetu państwa. Nieco lepiej jest w Gdańsku. Na lotnisku w Rębiechowie już ruszyły prace, których efektem ma być zwiększenie przepustowości z 2,5 mln do 5,5 mln pasażerów. Niestety są to drobne prace, właściwa budowa nowego terminalu dopiero ruszy. W Warszawie ciągle trwa rozbudowa Terminalu 2 i pirsu budynku północnego, z którego pasażerowie mogą dostać się do samolotów za pomocą rękawów. Termin ich oddania przesuwany był wielokrotnie, najnowszy to 28 marca 2008 r.
Co zostało do zrobienia
Hotele
Z 41 tysięcy potrzebnych na Euro 2012 nowych miejsc hotelowych powstało na razie około 5 - 7 tysięcy. Przez najbliższe 4 lata tempo budowy hoteli musi zatem wynosić nie tysiąc, ale 8 tysięcy miejsc hotelowych rocznie.
Autostrady
Z zapowiadanych do zbudowania 930 km autostrad w trakcie wykonania jest lub będzie od tego roku 797 km. Na pozostałych 133 km nie dzieje się nic. Jeszcze gorzej jest z drogami ekspresowymi. W tym roku prace będą trwać na zaledwie 797 km z zaplanowanych na Euro 2300 km. Na 1500 km brakujących przez najbliższy rok nikt nie wbije nawet łopaty.
Stadiony
W Poznaniu w lutym ruszy budowa trzeciego poziomu trybun. Ma się skończyć latem, po czym zostaną rozebrane trybuny pierwszej i trzeciej. Następnie, jeszcze w tym roku, zacznie się budowa zadaszenia. Stadion będzie gotowy w 2010 r., ale pod warunkiem, że rząd zdecyduje się na sfinansowaniu połowy kosztów tej inwestycji. We Wrocławiu zostało do zrobienia wszystko. W pierwszej kolejności trzeba wyłonić projektanta. To stanie się w najbliższym czasie. Jeszcze w tym roku ma być gotowy projekt, wybrany ma zostać wykonawca i przed końcem roku mają ruszyć roboty. Mimo ogromu prac i braku harmonogramu Wrocław zapewnia, że stadion będzie gotowy na czas. W Gdańsku prace ruszą w kwietniu, ale będzie to głównie porządkowanie terenu po ogródkach działkowych. Za pół roku znany będzie projekt, latem rusza przetarg na wykonawcę. Właściwa budowa ruszy najwcześniej jesienią. W Warszawie za kilka dni ruszy konkurs urbanistyczny na zagospodarowanie okolic stadionu. W marcu ruszy przetarg, który ma wyłonić firmę przygotowującą fundamenty pod stadion. Wbijanie pali przez tę firmę zacznie się najwcześniej jesienią, a właściwa budowa - wiosną 2009 r.
Lotniska
Na wrocławskim lotnisku do zrobienia jest niemal wszystko, bo nie ma nawet jeszcze pozwolenia na budowę. Przed wakacjami znany będzie wykonawca, jesienią ruszą roboty. Niemal tak samo jest w Gdańsku. Dotychczasowe drobne prace nabiorą tempa w połowie tego roku, nowy terminal ma być gotowy w 2011 r. Nietknięte jest lotnisko poznańskie - władze remontują na razie prowadzące do niego drogi. I czekają na pieniądze z budżetu państwa.
Źródło: Dziennik

30 stycznia 2008

Przecięty kabel - miliard ludzi bez internetu

Uszkodzenie kabla telekomunikacyjnego na dnie Morza Śródziemnego poważnie zakłóciło usługi internetowe w Indiach, Egipcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie i Katarze. Przepustowość łączy internetowych spadła o kilkadziesiąt procent, niektóre obszary w ogóle zostały pozbawione dostępu do Internetu.
W Egipcie przewiduje się, że minie co najmniej kilka dni, zanim usługi internetowe powrócą do normy. W środę zakłócone było m.in. funkcjonowanie egipskiej giełdy. Trwają gorączkowe poszukiwania alternatywnych łączy, także satelitarnych. W Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie) - bliskowschodnim centrum biznesowym i turystycznym - nie funkcjonuje jeden z dwóch dostawców usług internetowych.
Associated Press dowiaduje się nieoficjalnie, że uszkodzony został kabel prowadzący między Aleksandrią a Palermo.

9 stycznia 2008

Od 9 lutego mamy już pływać w aquaparku

W 2005 roku szacowano, że budowa parku będzie kosztowała 100 mln zł. W połowie zeszłego roku jej wartość oceniano już na 120 mln zł Kawałek morza z falami i plażą we Wrocławiu?
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że przeciągające się już kilkanaście miesięcy otwarcie wrocławskiego aquaparku zaplanowano właśnie na 9 lutego. W sam raz przed feriami na Dolnym Śląsku. Krzysztof Kiniorski, dyrektor Wrocławskiego Parku Wodnego, nie chce komentować naszych informacji. - W momencie, gdy zostanie ustalony termin, dowiedzą się o tym wszyscy wrocławianie - ucina dyskusję dyrektor Kiniorski.
Jednak wszystko wskazuje na to, że trwają już ostatnie przygotowania do otwarcia długo oczekiwanego przez wrocławian obiektu. - Kontrolę przedsięwzięcia zakończyliśmy w grudniu. Wypadła pomyślnie, a inwestycję zrealizowano zgodnie z projektem - przyznaje Marek Adamowicz, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego. - Jesteśmy o krok od wydania pozwolenia na użytkowanie budynków - dodaje Adamowicz. Inspektor tłumaczy, że do wyjaśnienia pozostają już tylko zastrzeżenia dotyczące ochrony przeciwpożarowej. Dodaje, że inwestor cały czas współpracuje ze strażakami i już wkrótce uda się rozwiać wszelkie wątpliwości. Wszystko wskazuje na to, że urząd wyda pozwolenie na użytkowanie obiektu przed końcem stycznia.
Jeśli nasze informacje się potwierdzą, wrocławianie za miesiąc będą mogli skorzystać ze wszystkich zapowiadanych atrakcji. Przypomnijmy, że w parku wodnym będzie można znaleźć między innymi strefę zdrowia, basen rekreacyjny ze sztuczną falą i plażą, imitującą śródziemnomorski klimat. Skorzystamy z czterech zjeżdżalni, w tym zjeżdżalnio-skoczni, zwanej roboczo zjeżdżalnią Małysza. W zewnętrznym basenie popływamy w wodzie o temperaturze 40 stopni Celsjusza. Dodatkową atrakcją będzie profesjonalny basen sportowy, na którym będzie można rozgrywać oficjalne zawody. To na pewno ucieszy kluby pływackie, szkoły i samych mieszkańców, którzy będą mogli obserwować rywalizację z trybun. Niewykluczone jednak, że gdy wrocławianie będą się pluskać w basenach, o swoje racje będzie wciąż rywalizowało miasto i niemiecka spółka InterSPA, która pierwotnie miała zarządzać aquaparkiem. Zdaniem Niemców miasto bezprawnie rozwiązało z nimi umowę i firma będzie się starała o wysokie odszkodowanie. Swoje postępowanie prowadzi także prokuratura. Radni z Sojuszu Lewicy Demokratycznej zawiadomili ją o przestępstwie przy budowie. Chcą, by śledczy sprawdzili, czy miasto nie popełniło błędów przy przekazaniu gruntu spółce budującej aquapark. I czy urzędnicy tak jak trzeba nadzorowali inwestycję. Jakby tego było mało, sprawę budowy aquaparku wzięło pod lupę Centralne Biuro Antykorupcyjne. Jego pracownicy sprawdzają dokumentację związaną z powołaniem spółki Wrocławski Park Wodny i samą inwestycją.
- POLSKA Gazeta Wrocławska

14 grudnia 2007

Hakerzy używają PlayStation 3 do łamania haseł

Nick Breese, jeden z pracowników amerykańskiej firmy Security-assessment.com, przeprowadził bardzo ciekawe doświadczenie z wykorzystaniem PlayStation 3. Mianowicie odkrył on, że konsola Sony idealnie nadaje się do... Łamania haseł.
Całe doświadczenie, nazwane potem "CrackStation", zapoczątkowano dokładnie sześć miesięcy temu. Do jego przeprowadzenia użyto procesora znajdującego się w PS3. Technologia ta nazywana jest Cell Broadband Engine (CBE) i powstała dzięki połączeniu sił takich firm jak IBM, Toshiba oraz Sony. Procesor znany jest bliżej pod nazwą "Cell" i składa się z jednej jednostki skalarnej oraz ośmiu wektorowych.
Budowa ma związek ze sposobem przetwarzania informacji. W PlayStation 3 operacje wykonywane są wektorowo (wiele operacji jednocześnie) a nie skalarnie (jedna operacja na raz). Umożliwia to uruchomienie wielu operacji kryptograficznych w jednym momencie.
Jak twierdzi Breese, to właśnie dlatego PS3 idealnie nadaje się do kryptografii. Procesory Intela zaprojektowane są do tego, by z jak największą wydajnością przeprowadzać bardzo skomplikowane operacje. Natomiast konsola Sony radzi sobie świetnie z operacjami prostymi. Jest więc niezastąpiona w kryptografii, w której trzeba przeprowadzać jak najszybciej ogromną ilość prostych operacji.
Największym problemem w tej dziedzinie jest czas, jaki trzeba poświęcić na łamanie haseł. Okazało się, że dzięki PlayStation 3 może on spaść nawet stukrotnie! Breese zdaje sobie sprawę z tego, że jego odkrycie może być użyte w niewłaściwy sposób. Ma jednak nadzieję, że zostanie ono wykorzystane po to, by tworzyć bardziej zaawansowane zabezpieczenia.
W swojej pracy Breese używał popularnego w kryptografii algorytmu MD5. To właśnie tu PlayStation 3 radziło sobie najlepiej. Liczba przeprowadzonych operacji na sekundę wynosiła 1,4 miliarda.
Zdaniem autora eksperymentu, mamy do czynienia z prawdziwym przełomem w świecie komputerowym. Odkrycie szybkości z jaką może pracować PlayStation 3 może okazać się bardzo ważne z punktu widzenia tworzenia nowych zabezpieczeń. Co więcej, stwarza to możliwość dalszego zwiększania wydajności sprzętu. Brees próbował przeprowadzić podobne doświadczenia z innymi procesorami, ale wyniki jakie otrzymał nie powalały na kolana. Jak przyznał sam autor eksperymentu, nie spodziewał się on, że wyniki uzyskane przez PlayStation 3 będą aż tak dobre. Jedynym powodem dla którego zdecydował się użyć konsoli Sony to... Fakt, że mógł ją dostać za darmo od swojego pracodawcy.
Jakub Kuchnio, GameStar

10 grudnia 2007

Biała larwa wyląduje w centrum Wrocławia

Ponad 400 pokoi i apartamentów na sześciu piętrach, restauracje, sale konferencyjne, centrum fitness i odnowy biologicznej, klub jazzowy, parking na 250 miejsc, a nawet wewnętrzny ogród i muzeum sztuki współczesnej - tak będzie wyglądał hotel Hilton, którego budowa rusza we Wrocławiu.
Całkowity koszt inwestycji to 300 mln zł. "Właśnie rozpoczynamy prace archeologiczne w miejscu budowy" - mówi Paul Adolph z Wings Prosperities, spółki, która w czerwcu kupiła działkę w jednym z najdroższych miejsc we Wrocławiu. W przetargu wystartowało czterech oferentów. Cena wywoławcza - 10 mln zł - została przebita trzy i pół razy.
Hotel zaprojektowało renomowane francuskie biuro Gottesman-Szmalcman Architecture SARL. Sami architekci przyznają, że ich zamysł jest dość odważny jak na polskie standardy - to tzw. architektura nowej formy. Twierdzą jednak, że w żaden sposób nie zakłóci harmonii miasta. Jednak komentarze są różne. "Wygląda jak wielka biała larwa między zabytkami. Koszmar!" - oburza się na jednym ze specjalistycznych forów internauta o nicku Archiwolta. Innego zdania jest 7enejt: "Koncepcja jest kontrowersyjna, ale ja przychylam się do tego projektu. Hilton może być naszą wizytówką - miasta nowoczesnego, a jednocześnie zabytkowego w osobliwej mieszance".
Bartłomiej Knapik, redaktor naczelny "S[Z]ARP", dwumiesięcznika o architekturze i urbanistyce Wrocławia, stara się chłodno ocenić projekt: "Architekci zaproponowali najodważniejszą bryłę budynku, jaką od lat widzieliśmy we Wrocławiu. Internauci porównywali ją do pasty do zębów wyciśniętej z tubki. Według mnie to, co do tej pory pokazali nam Francuzi, jest na swój niecodzienny sposób piękne. Ale przede wszystkim to dobra architektura" - ocenia Knapik. Przekonuje jednocześnie, że jedynym zastrzeżeniem jest otoczenie hotelu. Źródło: Dziennik

30 listopada 2007

Zatrzymano nastoletniego przywódcę hakerów

Nowozelandzka policja zatrzymała nastoletniego przywódcę międzynarodowej przestępczej sieci hakerów. Jak podano w piątek w Wellingtonie, zatrzymany kierował gangiem internetowych przestępców, odpowiedzialnych za wprowadzenie groźnych wirusów do co najmniej 1,3 miliona komputerów w różnych krajach a także - pobranie co najmniej 20 milionów dolarów z kont bankowych ofiar hakerów.
Śledztwo w sprawie siatki hakerów nowozelandzka policja prowadziła we współpracy ze służbami w Holandii oraz amerykańską FBI. 18-letni szef gangu pochodzi z miasta Hamilton nowozelandzkiej Wyspy Północnej. Nie podano dalszych danych. Gang Nowozelandczyka ma odpowiadać m.in. za uszkodzenie systemu komputerowego na uniwersytecie Pensylwanii w zeszłym roku.
A teraz HIT! Komentarz Kasi umieszczczony na Onecie
Gdyby nie mój TUPTUŚ to USA byłaby już dawno pogrążona w CHAOSIE !!! PRZECZYTAJCIE !!! W zeszłym roku będąc u mojej cioci w USA wraz z TUPTUSIEM wpadliśmy przypadkiem na trop wielkiej afery pozwiązanej z amerykańskimi hakerami oraz specsłużbami. Akurat siedzieliśmy u cioci w domu i zajadaliśmy popcorn, mój TUPTUS grzebał coś na komputerze aż tu nagle do naszych drzwi zapukał policjant. NJU JORK POLIS DEPT OPEN DE DOR krzyczął policjant. Przestraszyłam się nie na żarty więc mu otworzyłam. TUPTUS IS ANDER ARREST powiedział i już miał zakuć biednego TUPTUSIA w kajdanki gdy ostrzelali nasz budynek. ON DE GRAND krzyknął policjant. Byłam przerażona, kto robił z naszego mieszkania ser szwajcarski a ja nie wiedziałam o co chodzi...
... ocknęłam się po pół godzinie w samochodzie policjanta, jechaliśmy nie wiadomo gdzie. Ja siedziałam z przodu a TUPTUS z tyłu. (Pozwolicie ze przejde na dialekt polski) MAMY DO CZYNIENIA ZE ZORGANIZOWANĄ SZAJKĄ HAKERÓW CAŁE USA POGRĄŻONE JEST W CHAOSIE NIE WIADOMO CO SIĘ DZIEJE. JA WIEM wyszeptał TUPTUS TO JEST WYPRZEDAŻ PO POŻARZE CZYLI ATAK HAKERSKI MAJĄCY NA CELU ROZŁOŻENIE CAŁEGO PAŃSTWA W TRZECH KROKACH. I ETAP TO KOMUNIKACJA II OBRONNOŚĆ A III BANKOWOŚĆ słuchałam tych rewelacji z otwartą wygrzaną japą. Nie wiedziałam (i policjant też co powiedzieć).
JAK TEMU ZARADZIĆ? spytał się gliniarz. MUSZE SIĘ DOSTAĆ DO MOJEGO LAPTOPA ALE MUSISZ MNIE ROZKUĆ powiedział TUPTUS Policjant posłusznie spełnił jego prośbę. TUPTUŚ zacisnął kłykcie i zaczął naparzać w klawiaturę swojego laptopa. JEST JEST zaczął krzyczeć TUPTUS WŁASNIE PRZYWRÓCIŁEM PORZĄDEK NA LOTNISKACH TERAZ ICH NAMIERZAM, ONI SĄ 300 METRÓW OD NAS! W WIELKIM HANGARZE i faktycznie jechaliśmy przez ARIZONE i zauważyliśmy w pobliżu lotnisko.
Podjechaliśmy obok hangaru JOHN MCLANE wyjął gana. TY POCZEKASZ TUTAJ powiedział do mnie A TY ZE MNĘ BĘDZIESZ MI POTRZEBNY powiedział do mojego facia. Weszli do środka a ja za nimi, ciekawość była silniejsza...
... w środku stało trzech wyrostków i jedna kobieta chinka z dobrym bufetem. Wszyscy klepali w klawiaturę. STOP POLICJA NOWOJORSKA krzyknał policjant. Byli zaskoczeni. TY PODŁĄCZ SIĘ DO NICH krzyknął policjant do TUPTUSIA a ten wyjął swoje COMMODORE C64, wyczkę i podłączył się pod ATARI ZX chinki z dużym bufetem. A WY POD ŚCIANĘ krzyknął łysy JOHN. TUPTUŚ zaczął pracować, SZYBCIEJ SZYBCIEJ poganiał TUPTUSIA John. ZARAZ PADNIE CAŁY SYSTEM OBRONNY USA.
TUPTUS tak się zgrzał że pobielały mu kłykcie, zaczął toczyć pianę z ust ale dał radę! JEEEST!!! krzyknęłam i chwyciłam TUPTUSIA w pół i zaczęłam go podrzucać w górę i w dół!! HURRRAA!! krzyknał JOHN i zaraz zjawiły się oddziały FBI, SWAT i CIA. Wszyscy oni skandowali KASIA! TUPTUS! KASIA! TUPTUS!
NIGDY TEGO NIE ZAPOMNE!

29 listopada 2007

Spór o szklany komin trwa

Konserwator wojewódzki chce zablokować budowę szklanego komina przy Wieży Ciśnień na Grobli. W czwartek będzie rozmawiał z projektantem.
To dalszy ciąg sporu o kształt Wrocławskiego Centrum Nauki na Grobli, które tworzone jest w Wieży Ciśnień. Najwięcej emocji budzi szklany komin, który ma pełnić rolę klatki schodowej, pozwalającej się dostać na siedem poziomów wieży. Za jego budową jest wiceprezydent Wojciech Adamski. Przeciw - konserwator zabytków Katarzyna Hawrylak-Brzezowska, architekt miejski Piotr Fokczyński i Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia. Ostatnie słowo należy jednak do konserwatora wojewódzkiego Andrzeja Kubika. A on na razie mówi "nie". Twierdzi, że podoba mu się szklany komin, ale wybudować go nie pozwoli.
Kubik: - Jest zbyt konkurencyjny, zbyt agresywny w tej historycznie ukształtowanej przestrzeni. W czwartek będę rozmawiać z projektantem, czy nie można by zbudować klatki schodowej w środku.
Główny projektant, Jerzy Wojciechowski z Autorskiej Agencji Projektowej w Lesznie, nie upiera się przy szklanym kominie, choć podkreśla jego zalety. - Ogranicza ingerencję we wnętrze wieży. Poza tym chcieliśmy, aby stał się znakiem dla wrocławian, że wieża dostała drugie życie. To byłby symbol przemiany - przekonuje. Komin przy Wieży Ciśnień już mocno podzielił urzędników. Hawrylak-Brzezowska: - Ta szklana tuba zaburza jeden z najbardziej charakterystycznych widoków Wrocławia. Wieża Ciśnień oglądana z mostu Grunwaldzkiego to niemal ikona miasta. Adamski: - Chronimy widok czy cenny zabytek? Projekt w każdej chwili można zmienić, ale rezygnacja z komina oznacza urządzenie klatki schodowej w wieży, stratę jednej czwartej powierzchni i znaczną ingerencję w to cudo architektury przemysłowej.
Tomasz Sielicki, rzecznik TUMW: - Mamy tak mało architektury przemysłowej, że należy ją jak najmniej zmieniać. Poza tym wieża to jedyna dominanta w tym rejonie i powinniśmy jednak ten widok chronić. Adamski: - Dla mnie są ważne dwa cele: zachowanie zewnętrznej klatki schodowej - może mieć inną formę - i uruchomienie w terminie Wrocławskiego Centrum Nauki. Chciałbym, aby w połowie przyszłego roku wokół wieży zaczęły się prace, a pierwsi zwiedzający weszli dwa lata później.
Wieża Ciśnień na Grobli ma 136 lat i żadnej konkurencji w Europie. Pomysł utworzenia tam Wrocławskiego Centrum Nauki zakłada, że w budowli ma być m.in. wielkie akwarium, jaskinia czarnego światła oraz laboratorium fizyka, czyli wszystko, co jest potrzebne, żeby pokazać tajemnice materii. Architekci wymyślili, jak wykorzystać wnętrze zabytku (1000 m kw. powierzchni wystawienniczej), zachowując wszystko, co się tam teraz znajduje - maszynę parową (będzie wyremontowana i uruchomiona), ażurowe schody, zbiornik na wodę, a także zaproponowali budowę wokół wieży lekkich i niskich pawilonów wystawienniczych oraz kina nakrytego kopułą.
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław

21 listopada 2007

Mały delfin ma trzy matki

Dwumiesięczny delfin, urodzony w Narodowym Akwarium w Baltimore, ma trzy matki - podali amerykańscy naukowcy.
Maluch jest regularnie karmiony przez trzy samice - swą biologiczna matkę oraz dwie inne ze stada, matkę i córkę. Sytuacja ta potwierdza dotychczasowe podejrzenia naukowców, że samice delfina butlonosego mogą w każdej chwili przejąć obowiązki innej samicy, dostarczając małym mleka. Do tej pory hipoteza ta nie miała potwierdzenia.
Mały delfinek, karmiony przez trzy matki - Jade, Chesapeake oraz Shiloh - rozwija się doskonale, ma już prawie metr długości i waży ponad 16 kilogramów. Zaczyna także bawić się zabawkami, dostarczanymi mu przez trenerów akwarium. Jak do tej pory nie ma jeszcze imienia.
Źródło: Onet